Menu

Ta człowiek

Sprawy, o których nie powinno się mówić, żeby nie drażnić rekina. Bo może odgryźć nogę. I pewnie odgryzie....

historia Adama

martapsipsi

Moja książka o Adamie pewnie by nie powstała, gdybym jako adiunkt nie miała obowiązku zrobić habilitacji. Było to w czasach, gdy jeszcze nikomu się nie śniło robienie habilitacji z dorobku (zwanego przez niektórych pieszczotliwie urobkiem). Tak więc w ramach troski o utrzymanie roboty na uczelni napisałam książkę „Wszyscy byliśmy w Adamie. Jedność ludzkości w Adamie w nauczaniu ojców Kościoła”. Perypetie tego dzieła mogłyby stać się kanwą niezłego filmu przygodowego a może nawet telenoweli brazylijskiej. A było to tak.

Ukończywszy swe wiekopomne dzieło uderzyłam do Wydawnictwa WAM, w którym opublikowałam wcześniej kilka tłumaczeń Grzegorza z Nyssy, z pytaniem, czy mi wydadzą. Prominentna Osoba z wydawnictwa stwierdziła, że książka jest zła i jej nie wydadzą. Ponieważ w konsekwencji tej decyzji miałam wizję 1) niezrobienia habilitacji, 2) wylecenia z roboty, postanowiłam wydać ją sama w tak zwanym gdziekolwiek. Na to koleżanka mi poradziła, żebym zapytała Jacka Salija, czy by nie zarekomendował Adama w wydawnictwie W drodze.

Tu mały przypis: według bazy OPI Jacek Salij wypromował w swoim długim naukowym życiu 19 doktorów, przypuszczam, że było nas tak mało, bo wszyscy się go bali. Tymczasem jako promotor był cudowny pod wieloma względami: merytorycznie to wiadomo, ale też dbał o nas jak kokoszka o swoje kurczęta (wychodził mnie i koleżance stypendium doktoranckie w czasach, gdy o przyznawaniu stypendium za punkty i zasługi można było tylko pomarzyć), jak mało który promotor czytał od deski do deski wypociny swoich – antów, a nawet po doktoracie zawsze mogłam go prosić o uwagi do artykułów. Gdy więc napisałam książkę o Adamie Jacek Salij był pierwszą osobą, którą poprosiłam o jej przeczytanie i uwagi. Zresztą – do czego przyznałam się we wstępie – z jego natchnienia książka ta w ogóle powstała.

Jacek Salij z entuzjazmem i wrodzoną determinacją uderzył do W drodze. Tam orzekli, że do planu wydawniczego nie mogą jej włączyć, bo plany się tworzy z wyprzedzeniem, ale jeśli zapłacę, to wydadzą. Recenzję wydawniczą napisał ks. Wincenty Myszor – pozytywną, co samo w sobie stanowi dla mnie powód do dumy. W trakcie prac redakcyjnych wydawnictwo zaproponowało mi, by wrzucić Adama do serii Alfa i Omega. Mówią na mieście, że to seria bardzo prestiżowa. Cóż, zgodziłam się :)

I tak dobrnęliśmy do momentu, gdy Adam miał stać się podstawą mojej habilitacji. Że się nie stał – to inna historia. Znaczy w sumie nie wiadomo, bo moje odwołanie ciągle nie zostało rozpatrzone – 4 lata od rozpoczęcia przewodu. W każdym razie na piśmie mam, że Adam to „antologia tekstów patrystycznych” i jakieś inne uwagi, których nie pamiętam, w każdym razie że Adam nie spełnia. Że nie spełnia wynika wyłącznie z uzasadnienia negatywnej uchwały rady wydziału, bo recenzje wszystkie trzy były pozytywne. I w jednej z recenzji stoi jak wół, że Adam jest świetny, rewolucyjny i że jak się go przetłumaczy na angielski to będzie podstawowym opracowaniem do historii nauki o grzechu pierworodnym.

Ziarno zostało zasiane. Mimo że (wg uzasadnienia uchwały) nie spełnia, chodziło mi po głowie, że warto by go przetłumaczyć. A bardzo chciałam, żeby to zrobił profesjonalny tłumacz. Tylko że na profesjonalnego tłumacza to trzeba mieć hajs. I tu inna koleżanka podrzuciła mi pomysł, by startować w konkursie Narodowego Programu Rozwoju Humanistyki, gdzie była kasa na tłumaczenie wybitnych dzieł napisanych po polsku. Adam jak znalazł, pomyślałam. Mój wniosek został odrzucony z uzasadnieniem: książka po polsku spełnia zapotrzebowanie czytelnicze. Acha. Może i lepiej, bo w tamtej edycji były jakieś śmieszne pieniądze, 5 tysi chyba na wydanie i tłumaczenie. W kolejnej edycji nie było już limitu, ale za to trzeba było mieć promesę z prestiżowego zagranicznego wydawnictwa, że wyda. Tymczasem wieść o tym, że „Adam nie spełnia” rozniosła się w środowisku i niektóre zagraniczne wydawnictwa działające w Polsce były dla mnie spalone. Koleżanka poradziła: uderz do De Gruytera, co ci szkodzi. Znalazłam maila, napisałam, załączyłam polskie recenzje wydawnicze i dalej poszło lawinowo. De Gruyter się zgodził, lecz zażądał 10 tys. euro za wydanie w wolnym dostępie. Wpisałam więc we wniosku taką właśnie kwotę (wyjechaną w kosmos) plus koszty tłumaczenia. Grant dostałam.

I byłby to happy end, gdyby nie to, że De Gruyter postanowił Adama już po angielsku wysłać do recenzji zagranicznych. Dowiedziałam się o tym w czasie, gdy mój artykuł o (nieistniejącej) Makrynie został odrzucony w dwóch prestiżowych zagranicznych wydawnictwach jako nic nie wnoszący do nauki, nieodkrywczy i generalnie do bani. Więc wyszło mi w głowie, że Adama może spotkać ten sam los. Ale nie, wczoraj dostałam informację, że obie recenzje (napisane przez jakieś wybitne zagraniczne osobistości) są pozytywne.

Czy jest jakiś morał z tej historii? Dla mnie jest on taki: gdybym chciała oceniać swoją pracę przez pryzmat opinii innych, skończyłabym w psychiatryku z ciężką schizofrenią. Jedyna rada na tę karuzelę z opiniami to robić swoje. I się nie poddawać.

© Ta człowiek
Blox.pl najciekawsze blogi w sieci